Z Grecji do Polski 2006 – Bułgaria – cz. 3
Nov 27th, 2006 by Gregory
Bułgaria.
Przed samym wjazdem mieliśmy sprzeczne informacje na temat zasad pobytu w tym kraju: Ze trzeba się meldować, ze maja jakieś specjalne „ubezpieczenie”, które trzeba dodatkowo w opałach , przy wjeździe. Ale okazało się nic z tego
Odprawa przebiegła bardzo sprawnie i wjechaliśmy do Bułgarii.
Od granicy poprowadziła nas bardzo dobra droga. To główny kierunek z Grecji do Sofii. Widać rękę UE tutaj. Kilka kilometrów dalej skręcamy na pierwszym drogowskazie na Mełnik. O razu droga się psuje, szutry, mnóstwo dziur, stare samochody, opustoszałe domy na wsiach. Wjeżdżamy do małego miasteczka, które pamięta jeszcze czasy komunizmu. Stare domy, jakieś zapomniane sklepy. Całkiem wymarłe miasteczko, mnóstwo klepsydr ze zdjęciami osób i ci siedzący starzy ludzie na ławeczkach przed domami na ulicy, czułem się jak Pan Śmierć. Taki mam obraz głębokiej prowincji. Jedziemy dalej drogą wijącą się wśród wzgórz, mijamy po drodze jakieś pastwiska, krowy, kozy, winnice. W dali widać Góry Pirin.

Mełnik
To średniowieczne miasto umiejscowione w dolinie rzeki, otoczone charakterystycznymi piaskowcami. Dość ciekawe miejsce pod tym względem. Jedna z główniejszych atrakcji turystycznych Bułgarii, ale nie zadeptane.
Jakiś 10 letni chłopak proponuje nam nocleg u swojej mamy, decydujemy się na to. Droga do domu prowadzi ostro pod górę po kamieniach, jesteśmy zmuszeni nieść bagaże. Następnego dnia zwiedzamy Rożeński Monastyr, który nam sie podoba jak to zwykle monastyr zwłaszcza swoim specyficznym klimatem. W połowie dnia dopada nas znowu deszcz. Spłukany ze wzgórz piasek miesza się z deszczem i wodą z drogi robi się błotnista rzeka.

Wdrapujemy sie też na okoliczne wzgórza, aby podziwiać panoramę miasta i ten ciekawy piaskowcowy krajobraz zwany Piramidami. Wieczorem kolacja w miejscowej mochanie (restauracji) i próbowanie lokalnego wina i kuchni.
Następnego dnia kierujemy się dalej na północ, naszym celem Monastyr Rilski. Najbardziej znany z wszystkich Bułgarskich Monastyrów. Wracamy na główna drogę i przedzieramy sie wśród pędzących samochodów. Jest upał. Kilka godzin później skręcamy z niej i zatrzymujemy się na odpoczynek w miejscowości Koczerinowo słynące z wielkiej ilości bocianich gniazd. Jak dla mnie nie było jakoś szczególnie więcej niż w jakiejś miejscowości w Polsce. Ale ilość zatrzymujących się autokarów z turystami z zachodu którzy robili zdjęcia tym bocianom było już zaskakujące. Nawet śmiesznie to wyglądało
, już chyba wiem jak muszą na nas patrzeć mieszkańcy Afryki czy innej Azji, kiedy przyjeżdżamy i zachwycamy się tym co oni mają na co dzień.

Kilka kilometrów dalej skręcamy do wioski Stobi aby zobaczyć Piramidy utworzone w piaskowcu.

Po nocy spędzonej w dolinie rzeki i rankiem wspinamy sie kilka kilometrów w kierunku Monastyru Rilskiego. Tutaj już sporo turystów, i miejsce to nie ma już tego dziewiczego charakteru, ale freski zachwycają i samo miejsce ciekawe.

Sofia
Droga w kierunku Sofii jakoś zaczyna nam iść opornie, najpierw jedziemy pod wiatr, potem trafiamy na remont drogi, a na końcu zaczynają się wzgórza. Noc spędzamy gdzieś za Pernikiem.
Poranny zjazd do miasta. Widać ludzi jadących do pracy komunikacja miejską, stosunkowo mało zachodnich samochodów, a jeśli już to stare volkswageny i ople. W centrum zwiedzamy Sobór Aleksandra Newskiego, ale nie robi na nas wrażenia, w ogóle całe centrum Sofii nam się nie podoba i po załatwieniu zakupów wyruszamy w dalsza drogę tym bardziej że znowu zaczyna padać.

Wąwóz Iskyr
Wybieramy kierunek na Mezdrę i całkiem nieświadomie wjeżdżamy w wąwóz rzeki Iskyr. Ta droga robi na nas niesamowite wrażenie. Po pierwsze jest to droga boczna więc ruch samochodów jest znikomy. Po drugie droga prowadzi dolina, a po obu stronach wznoszą sie ciekawe stoki i skały. Po trzecie droga wznosi się i opada łagodnie po tych wzgórzach. Po czwarte w efekcie podziwiamy serię wspaniałych krajobrazy i nawet deszcz przestaje przeszkadzać. To jest to co lubimy najbardziej dla tych 80 km warto było przejechać całą tą drogę.

Wszystko co dobre niestety się kończy i opuszczamy Bałkan wjeżdżając w Nizinę Naddunajską. Przemieszczamy się szybko i pokonując niewielkie wzgórza dojeżdżamy do Dunaju. Stając nad tą rzeką i patrząc na drugi brzeg czuję się jak legionista rzymski strzegący północnej granicy imperium.
Na promowisku niespodzianka. Na stojącym przed wjazdem budynkiem powiewa polska flaga i reklama w języku polskim. Widać dużo tu polaków TIR-ami przejeżdża. Próbujemy dowiedzieć się w tej restauracji o której mamy prom i jakoś tak zrozumieliśmy że trzeba się śpieszyć, że zapominamy o wymianie waluty i zabraniu wody. Mijamy podróżujących starym volswagenem ogórkiem francuzów i stajemy pomiędzy budkami celników a wjazdem na prom. Na ławeczce siedzą chłopaki z polski. Podróżują autostopem.
- Prom będzie za jakąś godzinę, my już czekamy od dwóch.
- No to fajnie, a wodę macie, bo my nie.
- Też nam się skończyła, a tej z toalety nie polecamy.
Czas jakoś szybko zleciał na pogawędkach i po chwili władowaliśmy się na prom. Przed nami Rumunia, dla mnie po raz trzeci dla Tomka to już chyba czwarty. No to jesteśmy już jak w domu.






