Największą przyjemność na wyprawie
Aug 18th, 2005 by Gregory
Rumunia 2005
Wiesz co jest najprzyjemniejsze? Nic tak nie robi dobrze na wyjeździe jak ciepły prysznic. Kąpiel w ciepłej wodzie i wyprane rzeczy, to odświeża, napełnia nowa energią i ochotą do podróży. No i czysta …pupa!!! Prawidłowa odpowiedź: pierwsza kąpiel po dziesięciu dniach.
Leniwy początek.
Znowu mamy wakacje gdzie tym razem? Mieliśmy w planach inny kierunek, ale Tomek nie dostał więcej urlopu, więc postanowiliśmy ponownie pojechać do Rumunii aby zobaczyć to co ominęło nas w 2003 kiedy byliśmy tam pierwszy raz. Pakowanie zajęło mi tym razem dwie godziny, wyrabiam się.
15 lipca 2005
Wcześniej ustalamy, że spotykam się z Romalem, wyjeżdzamy dwa dni wcześniej niż Tomek i Kuba. Jest godzina 1:40 wsiadam do pociągu którym jedzie Romal. Jedziemy nocnym pociągiem do Krakowa. Jedzie z nami para rowerzystów którzy chcą zacząć w Krakowie, a skończyć we Lwowie. Dla nas Lwów będzie co najwyżej miejscem przesiadki. W Krakowie przesiadka, do Przemyśla jedziemy innym pociągiem, potem rowerem do granicy. Tłum ludzi na przejściu pieszym w Medyce, celnicy Ukraińscy chcą jakieś ubezpieczenie wcisnąć.
- a co ubezpiecza to ubezpieczenie – pytam
-nic – odpowiadają
- to tym bardziej nam nie potrzebne – i tłumaczę im, że ja już tędy wielokrotnie przechodziłem i że my go nie potrzebujemy, zwłaszcza ubezpieczenia którego nie ma
.
Czas i miejsce startu ustalone na Czerniowce na 17 lipca.. Mamy zamiar dojechać tam rowerami, reszta ekipy dojedzie do Czerniowców pociągiem z Lwowa.
118 km 6 godzin i 21 minut jazdy
16 lipca 2005
Nocleg koło Drohobycza. Wstajemy późno, a zbieramy się jeszcze wolniej i o 13:00 ruszamy w dalsza drogę. Okazuje się, że źle wyliczyliśmy kilometry i nie ma czasu na zwiedzanie po drodze tylko trzeba jechać prosto bez zatrzymywania się, i a tak się nie udaje pokonać zaplanowanej odległości, stwierdzamy, że na pokonanie drogi do Czerniowców potrzeba trzech, a nie dwóch dni. Szkoda że nie zobaczyliśmy Drohobycza, na pewno tu jeszcze wrócimy. Zaczyna padać. Decydujemy się na pociąg, szczęśliwie podjeżdża w ciągu dziesięciu minut po podjęciu przez nas decyzji. W miedzy czasie kończą nam się hrywny, coś nie przygotowaliśmy sie na tą podróż, a nie ma już czasu aby gdzieś szukać kantora albo bankomatu. Mamy tylko dolary. W pociągu konduktorka bierze od nas ostatnie dwie hrywny jakie nam zostały i tym sposobem jesteśmy już w Iwano – Frankowsku. Tomek wysyła smsa, że maja jakieś problemy z wyjazdem z Lublina. Czekamy na bieg wydarzeń.
56km 2 godziny 54 minuty jazdy
17 lipca 2005
Z Iwano – Frankowska podjeżdżamy marszrutką do Smiatyn, potem rowerem do Czerniowców.
Na placu spotykamy Tomka i Kubę. Jest gorąco, pochłaniam duszkiem trzy półlitrowe kubki kwasu chlebowego z cysterny z której sprzedają na chodniku w Czerniowcach.
- Jak wejdą do Unii to im zabronią tak sprzedawać – ktoś stwierdza.
- To lepiej niech nie wchodzą do Unii – odpowiadam
Przed granica jeszcze ostatnie zakupy w wiosce, na Ukrainie jest taniej, krótka rozmowa z miejscowymi ludźmi, właśnie trwa jakieś wesele w sąsiedniej izbie, tłum ludzi zaciekawiony nami i naszym pomysłem podróżowania na rowerach. W deszczu wjeżdżamy do Siretu. Mamy obawy z tym deszczem, nie jest to przyjemne podróżować na rowerze jak wciąż pada i pada. A z Rumunii dochodzą wieści o powodzi. Nie jesteśmy jakoś pozytywnie nastawieni. Decydujemy się na spanie w kabanie, to po rumuńsku camping; drewniany wychodek, zimna woda, jakieś marne światło, ale to i tak lepsze od spania w namiocie bo przynajmniej jest sucho. Rozbijam tradycyjnie tropik w środku czym wzbudzam poruszenie w Romalu, ale nie lubię żeby mi jakieś robale po twarzy chodziły, tym bardziej, że śpimy na podłodze.97 km 4godziny 52 minuty jazdy
Już tu byliśmy
18 lipca 2005
Znajomymi drogami dojeżdżamy do Radauti gdzie wymieniamy kasę, a potem do Monastyru w Suczewicy. Byliśmy tu już w 2003 roku. Bardzo skomercjalizowane miejsce, pop i siostry mało sympatyczne. Romal z Kuba zaliczają zwiedzanie i jedziemy dalej na przełęcz Ciumirna 1109 m n.p.m. Po drodze Monastyr Mołdovita, jakże inny nastrój niż w poprzednim, przyjaźnie, sympatycznie i nie tak wielu turystów, to czyni wyraźną różnice, nie lubimy zatłoczonych miejsc. Na ścianach zauważamy napisy wyryte przez zakochanych Polaków w 1845 roku.
Nocleg zamierzamy spędzić na masywie Rurau Giumalau skręcamy w boczna drogę, początkowo asfalt, potem leśna bardzo stroma droga. Sakwy nie ułatwiają sprawy. Romal łapie gumę, noc już bliska dopompowuje tylko koło i jedziemy dalej. Powietrze znowu schodzi, ale już przecież nie daleko, nie warto pompować. Pchamy. Doganiamy wóz cygański.
- Czy próbowaliście kiedyś opędzić się od żebrzących którzy szybciej biegną niż jedziesz rowerem? Miałem kiedyś wóz cygański na podjeździe jak ich doganiałem i mnie zobaczyli to dzieci wyciągnęły ręce i zaczęły krzyczeć daj, daj, czy oni nie mogą kiedyś przestać pracować? – Tomek opowiada anegdotę
Udaje nam sie zgubić cyganów, nie chcemy rozbijać obozu w ich pobliżu. Romal znowu walczy z powietrzem w oponie. Wreszcie dojeżdżamy na szczyt drogi jesteśmy na 1500 m n.p.m. Podjazd miał 15 km zajęło nam to dwie i pól godziny. Jeszcze małe ognisko, posiłek, kąpiel w litrze wody, która z trudem znajduję z Kubą w pobliżu i spać.
108 km 6 godzin 24 minuty jazdy
19 lipca 2005
Wita nas słoneczny poranek. Zaliczamy pobliskie skałki i zjeżdżamy w dół. Idzie nam to powoli, po drodze pierzemy i jesteśmy ponownie na drodze którą jechaliśmy dwa lata temu z Vatra Dornej. Drogą wzdłuż rzeki Bistrita i wzdłuż jeziora Izvorul Muntelui. Przyjemny postój w restauracji, zamawiam mamałygutsę i dalej w drogę. Śpimy przed dojazdem do miejscowości Bicaz.
106 km 5 godzin 13 minut jazdy
20 lipca 2005
Zbliżamy sie do zapory i tutaj pierwszy raz widzimy, że była powódź, przed zaporą zatrzymały się zebrane przez wodę plastikowe butelki i inne śmieci na długości kilkuset i szerokości kilkudziesięciu metrów, na szczęście to co najgorsze już sie skończyło.
Podjazd na wąwóz Bicaz już znajomy, tyle samo ludzi co ostatnio, tak samo nieciekawie, zdecydowaliśmy się na jadzę tędy ze względu na Romala i Kubę więc szybko opuszczam to miejsce i jadę na przełęcz. Na przełęczy spotykamy znajomego z ostatniej podróży chłopaka, który sprzedaje tam jagody. Zjazd do Georgheni i posiłek w knajpie w której jedliśmy ostatnim razem, tak kończy się wspólny dla nas odcinek z wyprawą z 2003 roku. Teraz udamy się w kierunku Siedmiogrodu.98 km 5 godzin 24 minuty jazdy
21 lipca 2005
Zaczynamy 10 km podjazdem a potem … 23 km zjazdu hurra, wyrównałem porachunki z górami, pamiętam jak w Norwegii jechaliśmy 24 km pod górę w deszczu i wietrze, a zjazdu było tylko siedem kilometrów, ot taka sprawiedliwość. I tym sposobem jesteśmy w mieście Praid to tutaj według legendy królowa Kinga wrzuciła swój pierścień do kopalni soli, aby go znaleźć w Wieliczce. Rezygnujemy ze zwiedzania kopalni wbrew oczekiwaniom Tomka. Jedziemy dalej do Sovata aby tam spróbować kąpieli w ciepłym jeziorze Ursu, niestety trafiamy na przerwę, po co przerwa nie wiemy.
115 km 5 godzin 52 minuty jazdy
Najpiękniejsze miejsca
22 lipca 2005
Sighisoara. To jedno z miast Siedmiogrodu, jeżeli w przewodniku piszą że Brasov jest najpiękniejszy to się mylą, usytuowanie Starego Miasta Sighisoary na wzgórzu bije Brasov.
To Sighisoara powinna być uznana za najpiękniejszą. W okolicy znajduje się Szwajcaria Transylwańska, przepiękna droga, wijąca się wśród wzgórz, jeziorka, chłopskie zamki, stare wsie, to trzeba zobaczyć przy okazji pobytu w Sighisoarze.73 km 3 godziny 51 minut jazdy
Przełęcze i szaleńcze zjazdy
23 lipca 2006
I tak, zbliżamy się do punktu kulminacyjnego podróży. Góry Fogaraskie z autostradą transfogaraską. Tą górską drogę zbudował Caucescu chyba po to aby zaspokoić swoje chore ambicje, a na prawdę z powodów strategicznych. W każdym razie ta najwyższa asfaltowa droga Rumunii przyciąga wielu. Na podjeździe spotykamy motocyklistę z Wielkiej Brytanii, sądząc po nalepkach na motorze zjeździł już kawał Świata.
Trasa ma 24 km długości na szczyt, podjazd zajmuje mi ponad 2 godzimy i 50 minut. Chociaż to koniec lipca na szczycie zastajemy mgłę i zaspy śniegu, czekając na polepszenie warunków zaczynamy rozważać różne możliwości noclegowe. Decydujemy się ostatecznie na zjazd w dolinę po drugiej stronie przełęczy. Po lewej jakiś dom, to baza tutejszych goprowców, pozwalają przenocować. Dom jest w budowie, znowu rozkładam namiot, to chroni od pyłu tym razem. Romal docenia teraz ten patent, chociaż początkowo wzbudzał u niego uśmiech. Tomek z Kuba brudzą wszystko w pyle, my mamy tylko brudną podłogę namiotu. Resztę dnia spędzamy u naszych sympatycznych gospodarzy na rozmowie przy piwie po które skoczył Tomek do schroniska po drugiej stronie przełęczy.
56 km 4 godziny 42 minuty jazdy
24 lipca 2006
Zjazd w porannym Słońcu jest super, mamy prawie 60 km zjazdu, to wyrównuje ostatecznie wszystkie moje porachunki z górami. Po drodze mijamy jezioro, zamki na wzgórzach , wszystko co sprawia przyjemność oczom.
138 km 6 godzin 13 minut jazdy
25 lipca 2006
Dwa kilometry od naszego noclegu jest camping, decyduję się na ciepły prysznic. Nic tak nie robi dobrze na wyjeździe jak ciepły prysznic. Kąpiel w ciepłej wodzie i wyprane rzeczy, to odświeża, napełnia nowa energią i ochotą do podróży. No i czysta pupa!! Pierwsza kąpiel po dziesięciu dniach.
Jedziemy przełomem Czerwonej Wody. Kuba który bardzo chciał zdążyć na piesza pielgrzymkę do Częstochowy ucieka Tomkowi w kierunku na Sybiu. Mimo naszych zapewnień, że zdąży i nie ma się o co martwić, nie wierzy nam, mamy taki ubaw już od kilku dni, a teraz Kuba ucieka. Skręcamy z Romalem w lewo w dolinę „nic”, dolinę Lotru. Ta droga jest boczna, nic tędy nie jeździ jest z daleka od wszystkich głównych szlaków. Po drodze tylko zapomniane komunistyczne kurorty. W drodze dogania nas Kuba z Tomkiem, który dogonił Kubę i „przetłumaczył” mu. Dziś kończymy 15 kilometrowym podjazdem na kolejną przełęcz i zgubieniem się z Tomkiem i Kubą. Już do końca będziemy jechać tylko we dwóch, jadąc po ich śladach wymieniając tylko wieści smsem.
80km 5 godzin 8 minut jazdy
26 lipca 2006
Kończymy wczorajszy podjazd i jesteśmy na górze. Widoki jak w Norwegii, czyste górskie powietrze, czysta woda, zero wiatru. Dojeżdżamy do rozjazdu i decydujemy sie na szutrówkę. Droga szybko zmienia się w zniszczoną wywózką drzewa z lasu przez robotników, wielokrotnie pchamy rowery przez błoto.
W kierunku na Alba Julia mamy jeszcze do pokonania przełęcz Tartarau 1665 m n.p.m. Zjazd jest szalony, szybko gubię Romala i kilka razy wpadam w takie dziury, że spadają mi sakwy. Mijamy kolejna zaporę. Droga jest okropna, wije sie ponurym wąwozem, jest ciemno i wilgotno, jest pełno dziur, dziesiątki ciężarówek zwożących drewno, jakieś stare fabryki, potworne wyboje, nie można jechać szybko, ponure miejsce. Mijamy kilka razy sakwiarzy pnących się tędy do góry, współczuje, cały zjazd jest długi na 80 km i pewnie zajmie im ze dwa dni, wolę tu jednak zjeżdżać niż tędy wjeżdżać, nic przyjemnego. Aby zrozumieć jakość drogi podam, że mam średnia na zjeździe 15 km / h gdzie zazwyczaj taką mam na podjeździe. Po prostu nie da się szybciej jechać, a jadące ciężarówki nie ułatwiają wyprzedzania.
89 km 5 godzin 37 minut jazdy 58,9 km/ h maksymalnie 15,9 średnia
Wąwozy
27 lipca 2006
W nocy mijające nas ciężarówki trąbią na nas kilkukrotnie, ale dojeżdżamy wkrótce do Alba Julia i w czasie zwiedzania miasta decydujemy się na zboczenie z głównej trasy naszym celem są wąwozy. Wskazał nam je pewien spotkany na trasie transfogaraskiej Polak. Nie mógł sie tutaj dostać z powodu na brak środka komunikacji. Doceniliśmy rower.
103 km 5 godzin 23 minut jazdy
28 lipca 2006
Wąwóz Valisoarel przejeżdżamy w porannym Słońcu. Kolejny wąwóz Turzii zdobywamy w południe, jest gorąco, wąwóz jest oblegany przez masy turystów, dowożonych autobusami, wejście jest płatne, tylko piesze zwiedzanie, jeszcze tylko kolejna dętka do wymiany i dalej w drogę w kierunku na Cluj Napoca. Jedziemy główną drogą wijąca się po wzgórzach pomiędzy ciężarówkami i samochodami i nagle 10 km przed Cluj zaczyna się zjazd do miasta. Już można odpocząć.
86 km 5 godzin 13 minut jazdy
29 lipca 2006
Jest strasznie gorąco. Romal jedzie dziś tylko na piwie i owocach. Odpoczywamy w miejskim parku i przy najbliższej okazji z przyjemnością opuszczamy główna drogę aby znów skręcić w wiejską część Rumunii.
W kolejnym wąwozie Babei napotykamy obóz Cyganów. Zbite z byle czego chaty stoją nad potokiem, a rodziny moczą się w chłodnej wodzie. Kolejne małe miasteczko wita nas przyjaznymi ludźmi i tak zbliżamy się do Maramureszu.128 km 6 godzin 23 minuty jazdy
Znów Ukraina , powrót
30 lipca 2006
Kolejny upalny dzień, jest tak gorąco że nawet koń zdechł, leży obok drogi nogami do góry i się nie rusza. Wjeżdżamy w część Ukrainy która wygląda jak Węgry, płasko, z prawej strony słoneczniki, z lewej kukurydza i tak do najbliższej wioski, a potem z prawej strony kukurydza, a z lewej słoneczniki. Śpimy w zapomnianym sadzie.
125 km 6 godzin 3 minuty jazdy
31 lipca 2006
Dojeżdżamy do Mukaczewa. Pociągiem przez Karpaty do Lwowa i błyskawiczna przesiadka w kierunku na Medykę. Wysiadamy za wcześnie. Ostatni odcinek jedziemy po ciemku, Romalowa czołówka daje mocne światło, co wzbudza duże zainteresowanie przejeżdżających samochodów. Na granicy przejeżdżamy przejściem dla samochodów omijając cała kolejkę, to najszybsze i najprzyjemniejsze przekraczanie granicy jakiego tutaj doświadczyłem. Jesteśmy już w Polsce.
82 km 4 godziny 26 minut jazdy
Podsumowanie:
W sumie pokonaliśmy na rowerach 1786 km co zajęło nam w sumie 90 godzin. Koszt wyprawy zamknął się w moim przypadku w 550 złotych. Wyprawa trwała 18 dni z których 13 spędziliśmy w Rumunii.














[...] Rumunia 2005 [...]
[...] relacja z wyprawy do Rumunii w 2005 roku [...]
[...] Relacja z Rumunii 2005 [...]