Rumunia na rowerze 2003 cz.1
Nov 22nd, 2007 by Gregory
Przygotowania:
Długo zastanawialiśmy się gdzie pojechać w tym roku. (Ja ciągle nie mogę znaleźć chętnych na wyjazd w głąb Rosji). I trochę się ekipa stała wykruszyła. Szmery nie dostał urlopu, Marcin właśnie dostał pracę, Hubi się zakochał
. Na placu boju zostałem ja i Tomek Rubaj. Padło na Rumunię. Tam spędzimy prawie dwa tygodnie urlopu.
Wyjazd…
12 lipca z Wrocławia pociągiem do Lublina. Jak zwykle nie ma wagonu dla rowerów, więc noc spędzam na czuwaniu. W Lublinie wyjeżdża po mnie Tomek.
O 12.00 pakujemy się do ukraińskiego autobusu do Lwowa, niewielkie przepychanki z kierowcą, ale wszystko się kończy szczęśliwie. W autobusie wzbudzamy duże zainteresowanie Polaków.
- Nie boicie się jechać na Ukrainę?- pytają.
- A bo to pierwszy raz? – odpowiadamy.
I już jesteśmy we Lwowie.
Tradycyjna już pizza koło opery. Mały objazd miasta i na pociąg. Gdy byliśmy tu pierwszy raz to była “wyprawa do Lwowa” teraz to tylko miasto tranzytowe do wypadów dalej.
Wsiadamy z rowerami do sypialnego relacji Moskwa-Budapeszt, jedziemy do Czopu, miasta na granicy Ukraińsko – Węgierskiej. Płacimy 50 hrywien za dwie osoby oraz 6 hrywien za dwa rowery, na które bilety trzeba kupić w kasie. Przedział dzielimy z dziwnym Austriakiem, z którym nie możemy się dogadać, on nie mówi po angielsku ani po rosyjsku, a my ani trochę po niemiecku. Fascynują mnie podróże koleją po carskich włościach.
W Czopie jesteśmy około 3.20 rano. Wjeżdżamy na Węgry. Jest ciemno i pusto wszyscy jeszcze śpią. Droga jest prosta i płaska, lekko zachmurzone Słońce nieśmiało wygląda zza chmur. O godzinie 12.00 wjeżdżamy do Rumunii. Po 24 godzinach jazdy z Lublina, (albo 37 godzinach z Wrocławia) dojechaliśmy na granicę rumuńską. I pomyśleć, że kiedyś mieliśmy wspólną granice.
cdn..






