Supermaraton Dookoła zalewu Szczecińskiego im. Olka Czapnika – Świnoujście
Oct 20th, 2006 by Gregory
To ostatni supermaraton z cyklu w tym roku. Moim celem była obrona drugiej pozycji w kategorii i jeśli to możliwe próba ataku na pierwsze
Ogólnie frekwencja nie dopisała tym razem raptem 140 osób. Większość zdecydowała nie przyjechać bo „to już nic nie zmieni w generalce”. Ja jestem zwolennikiem jazdy do końca.
Start w porannych promieniach dość ciepłego dnia. Dojeżdżamy do wzniesień koło Międzyzdrojów i tutaj atakuje Krzysiek, nikt mu nie odpowiada i znika po chwili na horyzoncie drogi. Tak zdecydował walczy z Eugeniuszem Gostomczykiem o pozycje w generalce, ma szanse jeszcze. My decydujemy się na spokojną jazdę.
Za Goleniowem dołącza do nas przypadkowo spotkany masters z Goleniowa na w pełni karbonowym rowerze, – nawet płuca miał karbonowe – jak ktoś potem powiedział. Jego karbonowe koła przyjemnie hałasują na drodze. Jedzie z nami aż do Szczecina i jest pod wrażeniem temp zwłaszcza że mamy jechać 510 km, a nie tylko dwie godziny i do domu. A tempo jest powyżej 35 km/h W okolicach Dąbia doganiają nas startujący kilka minut za nami. Wygląda na to że jechaliśmy dość zachowawczo.
Na przejściu w Lubieszynie okazuje się że jeden z nas nie ma paszportu. No cóż taki pech, ale ostatecznie dogania nas z kolejną mocną grupą w której jest mój bezpośredni rywal Marcin Sierant. Tak nadzieja na pokonanie go w tym roku znikła. Nie jestem wstanie podjąć nawet próby podłączenia się do tej grupy.
Jedziemy przez małe niemieckie miasteczka , często na czerwonym i jeszcze częściej obtrąbieni przez Niemców. O co chodzi? Przecież w Niemczech organizują wiele imprez dla kolarzy amatorów bez zamykania ruchu: SpreewaldMaraton czy Hugelmaraton. Pytam o Janka Chudałę który jedzie w naszej grupie, mieszka on w Niemczech już wiele lat. – to tak mają Ossi , na zachodzie nie ma takich zachowań, kupili samochody i wydaje im sie że sa panami drogi. – odpowiada.
Ja ich po trosze rozumiem. Niektóre grupy jada „cała szerokością drogi” wachlarzem co blokuje przejazd i jeszcze to przejeżdżanie na czerwonym, a wiadomo że „ordnung must zajn”. A to zachowanie z ordnungiem nie wiele ma wspólnego.
Na PK doganiamy Krzyśka uciekiniera, i nasza grupa się przetasowuje. Zabieram się z kim się da, ale i tak za chwile na jakimś 190 km trasy muszę zrezygnować z tak mocnej jazdy i dalej jadę sam.
Za Anklam mija mnie moja pierwotna grupa z Asią Liczner na czele. No ona w tym roku jest niesamowicie mocna. Doczłapuję się do Pasewalk. Przejeżdżam przez morenę i widze ich ponownie jakieś 200m przede mną. Przyśpieszam, w efekcie mam dalej 200m straty. Na granicy oficer otwiera nam szlaban i puszcza z uśmiecham bez kontroli dokumentów. Moja grupa jedzie ulicą, to błąd. Ja wybieram ścieżkę rowerową tym razem. Droga jest wyłożona kostką brukowa , która skutecznie spowalnia, a ścieżka choć nie jest idealna jest szybszą drogą, W efekcie wpadam na metę z minutowa przewagą.
Szybkie kalkulacje i wyliczam, ale chyba błędnie, że jazda na druga pętle nic nie zmieni, Marcin przyjechał szybciej, ale doznał kontuzji i ma złamany bark,więc na druga pętlę nie pojedzie. Czy dałbym szanse zniwelować stratę? To pytanie pozostanie otwarte.
Ostatecznie zajmuje 2 miejsce w kategorii i 99 open.





