Walcz do końca. Walcz.
Nov 6th, 2007 by Gregory
Ciekawą relację z Harpagana napisał Grzegorz Łuczko
To nie tak miało wyglądać! Zostałem sam. Stoje pośrodku jakiegoś wielkiego pola, a gdzieś tam na horyzoncie jarzą się światełka wsi i miasteczek, tam są ludzie, ale tu cisza przejmuje do głębi. Z wrażenia zatrzymałem się na chwilę aby wsłuchać się w tą pustkę. Księżyc świeci ostrym blaskiem, jest wręcz magicznie. A mi się właśnie przestało śpieszyć. Jeszcze kilkanaście minut temu parłem przed siebie sięgając po rezerwy, ale teraz to już nie ma znaczenia. Decyzja o rezygnacji w jednej chwili pozbawia organizm wszystkich sił. Zrezygnowany posuwam się w kierunku bazy, to już koniec na dziś…
(…)
To właśnie wtedy trzeba było odpuścić, złapać swój rytm i trochę odpocząć. Ja jednak powodowany jakimś niezrozumiałym impulsem napierałem dalej, zacząłem balansować na mojej granicy wytrzymałości. Na efekty nie trzeba było czekać długo, tak jak samochód, któremu kończy się paliwo w pewnym momencie po prostu stanąłem…
No tak, rezygnacja. Pamiętam ten moment w trakcie MRDP ’2005 kiedy Wojtek był bliski rezygnacji. Na szczęście był w kotakcie telefonicznym m.in. ze mną. Kryzys minął, Wojtek dokończył imprezę. Często Lance Armstrong powiadał: “Ból przemija, skutki rezygnacji nigdy”. Tymi słowami przekonałem już wielu aby nie rezygnować.
Pobudka jak zwykle ustawiona na piątą. W rzeczywistości budzę się o 7 i nadal czuje swoje serce. Nie wiem na ile tutaj oddziaływała moja psychika a na ile było to faktycznym zjawiskiem. Trudno teraz to rozpatrywać. Te wszystkie czynniki powodują, iż postanawiam wracać do domu!! Jestem przekonany, że już wystarczy. Dzwonie do Olka z prośbą sprawdzenia, o której godzinie jest pociąg!! – dowiaduję się że najbliższy odjeżdża o 1100. Teraz zaczyna się, krótko mówiąc, huśtawka.- zaczynam się zastanawiać czy dobrze robię czy jechać czy może jednak nie. Gregory doradza wizytę u lekarza. Bardzo mnie motywuje do dalszej walki. Pojawia się opcja jednodniowego przestoju i podjęcia wyzwania po 24 godzinnym odpoczynku. Zjadam jednak śniadanie, sporo pije i powoli zaczynam się rozkręcać jeżdżąc po mieście w poszukiwaniu szpitala, gdzie chciałem zrobić EKG. Czuję, że stoję na pewnym rozdrożu. Nagle znajduję się przy najstarszym kościele w Zakopanym. Postanawiam w jego okolicy lekko zmienić konfiguracje mojego ubrania. I tutaj przypomina mi się pierwszy start w maratonie MTB w Danielkach, który był mocno powiązany z Zakopanym i właśnie z tym miejscem oraz podczas którego poznałem rowerowego przyjaciela Peter’a, z którym przejeździłem cały sezon 2004 i dzięki któremu powstała nasza grupa ::SK::. Wszystko to powoduje, iż waga, na której „ważyły” się moje za i przeciw przechyla się na stronę, po której mogę powiedzieć „JADĘ DALEJ”.
Wielokrotnie miałem na trasie różne kryzysy, wiedziałem, że należy przetrzymać “ten moment” bo on mija. Po prostu. Zawsze kiedy zrezygnowałem żałowałem swojej decyzji potem.
Kiedyś po maratonie MTB na którym wydawało mi się że już dałem z siebie wszystko, znajomy powiedział: “do momentu kiedy stracisz przytomność, a krew puści Ci się z nosa jeszcze daleko.” Zawsze była to prawda. Organizm znacznie wcześniej “wyłącza prąd”.
Dlatego walcz do końca. Nie stawaj. Walcz. Twój wynik nie jest tak ważny jak skutki Twojej rezygnacji.
Stawaj. Walcz.






Bo to jest chyba tak, że albo chcesz tylko ukończyć całość, albo się ścigasz. Psychę masz jedną, ale oczekiwania i nadzieje mogą być różne.
Idziesz/jedziesz, wszystko Cię boli, ale Twoim celem jest dojść/dojechać i tylko na tym się skupiasz, wysiłek może być minimalny, o ile mieścisz się w limitach. A jak się ścigasz to musisz wskoczyć na wyższy poziom wysiłku, oczekiwań i ambicji. Jeśli nie jesteś w stanie utrzymać się na tym poziomie to się kasujesz jeśli nie odpuścisz, albo zwalniasz. Tak czy inaczej musisz dokonać rewizji swoich oczekiwań. Ja tego nie zrobiłem, byłem tak rozczarowany, że odpuściłem. Czy to oznaka słabości? Na pewno. Choć wiem, że gdyby trzeba było to bym dał radę.
No i jeszcze jedna sprawa, kryzys może minąć choć nie musi. Ja dochodząc do bazy czułem się już nieźle, gdybym przetrzymał te feralne 2 godziny to pewnie bym ukończył na przywoitym miejscu, ale o tym już się nie przekonam. Trochę już się pogubiłem w moich wywodach, a przecież to wszystko i tak można podsumować albo tym co ja napisałem u siebie “nie poddawaj się. nigdy!”, albo Twoim “walcz do końca, nie rezygnuj”
. Dorabiam chyba nie potrzebną filozofię do mojej porażki.