Z Grecji do Polski 2006 przez Grecje cz.2
Nov 12th, 2006 by Gregory
Ateny
Poranek. Miasto powoli budzi się ze snu. A my jakoś tak okrężna drogą jedziemy do centrum.

Po drodze mijamy wybrzeże. Niedospana noc daje się we znaki. Ucinamy sobie drzemkę i dalej przebijamy się przez rosnący korek w kierunku na Akropol. Same Ateny nie robią na nas jakiegoś wrażenia, zwykła europejska metropolia. Kierowcy i owszem, puszczają nas gdy chcemy zmienić pas i generalnie “mają nas na uwadze” więc nie czujemy niepokoju o własne życie.
Koło Akropolu rozdzielamy się i każdy samotnie zwiedza wzgórze. Zaczyna być gorąco. Na wzgórzu tłum. Wjazd 12 Euro. Jeszcze ochroniarz postraszył mnie policją za stawianie roweru nie tam gdzie trzeba, ale gdzie trzeba skoro nie ma miejsca na rowery? Tego już nie wytłumaczył. Ze względu na jego przyjazne podejście do turysty wolałem przenieść się trochę dalej od wejścia.

Na Akropolu tłum. To trochę tłumaczy podejście ochrony, jeden turysta mniej lub więcej nie robi im różnicy, to niby oni robią nam łaskę że nas tam wpuszczają. A tłum jest ogromny, poganiany przez gwizdki kierujących ruchem przeciska się wyślizganymi schodami koło rusztowań budowy. Japończycy, czarni, biali nawet jacyś Polacy. W zasadzie nic ciekawego tak naprawdę jakieś kamienie, trochę budowli nie wiem czemu to zachwyca. Znowu marketing?
Wyjeżdżamy z miasta, temperatura dochodzi do 42C. Cały czas sobie tłumaczymy, że wcale nie jest tak gorąco. Wjeżdżamy w okoliczne góry i szukamy miejsca do spania na kolejnym szczycie gdzieś pomiędzy krzewami, a rurami które zostawili tutaj robotnicy.

W ciemnościach podjeżdża jakiś samochód, nasłuchujemy z niepokojem, ale poza odgłosami trzaskanych drzwi, głosami mężczyzny i kobiety i na koniec odgłosami miłości, nic się nie dzieje. Potem odjeżdżają. Za chwile przyjeżdża kolejny samochód, sytuacja się powtarza, trzaskanie drzwiami, głosy, jęki. Po szóstym samochodzie mamy już dosyć, chcemy spać. Na szczęście to już ostatni. Jest pierwsza w nocy.
Droga jest dobra, ale słaba mapa powoduje że kilka razy gubimy drogę. Zwiedzamy przez to dzikie ostępy gdzie turyści nie zaglądają. Jakieś senne miasteczka w dolinach górskich, gdzie w centrum w knajpkach siedzą panowie i kawę popijają wodą mineralną, taki miejscowy zwyczaj.
W okolicy same góry, na kolejnym zjeździe Tomek się pośliznął i złamał widelec. Kilka metrów dalej naprawiamy to w warsztacie produkującym okna, okazuje się gdzieś tutaj pracują jacyś Polacy. Mamy obawy co do tego rozwiązania i zmieniamy pierwotny plan, rezygnujemy z Albanii o której wiemy że jest bardzo górzysta i ma drogi kiepskie. Amortyzator może nie wytrzymać.

Kierunek Bułgaria.
Przez następne kilka dni będziemy szukać kogoś kto mógłby to zespawać, ale okazuje się, że materiał to nie aluminium i nic z tego nie wychodzi, ostatecznie Tomek dojedzie na tym do domu. Kolejny biwak w gaju oliwnym, wszędzie pełno roślinności z kolcami, przebijamy nasze materace, ja mam matę samopompującą więc jakoś sobie poradzę, przy pomocy taśmy klejącej. Tomek ma materac dmuchany i znowu dał się nabrać na to, będzie się przepraszał z karimatą. Znowu.
Trzeciego dnia zaczyna padać, a temperatura spada do 15C. Miało być ciepło, a jest zimno, tego nie przewidzieliśmy, nie mamy ubrań. Pojechaliśmy do Grecji żeby się wygrzać a tu zimno. Z domu dochodzą wiadomości, że jest 30-35 C. Paradoks.
Mijamy po drodze wielokrotnie tabliczki “ancient ruins” (starożytne ruiny), podobnie to wygląda jak na Akropolu, tylko nie ma tyle turystów, poganiaczy i nie trzeba płacić 12 Euro za oglądanie.
Meteory
W wyniku zmiany planów zrezygnowaliśmy ze zwiedzania Delf, zakładamy, że to powtórka z Akropolu (?) a zepsuty widelec trochę studzi nasze zamiary. Zbliżamy się do Meteorów, to klasztory umiejscowione na skałach, będące w przeszłości też ośrodkiem oporu.

Klasztory robią na mnie dobre wrażenie, jak poprzednio zwiedzane choćby na Bukowinie, a właściwie nastrój jaki panuje w miejscach kultu. Ilość turystów jednak jest i tutaj ogromna. A najwięcej Polaków: dwa autokary, samochody osobowe, motocykle i my na rowerach, wszystko z polski.

Znowu wjeżdżamy w jakieś odludzie, pasterze, stada owiec, biegające watahami psy pasterskie, żółwie na drodze. Mijamy bokiem Olimp. Na bezchmurnym niebie widać cały majestat góry, bogów nie widać. Jeszcze tylko 12 kilometrów podjazdu. Jeszcze jeden podjazd i długim 25 kilometrowym zjazdem zjeżdżamy w kierunku Salonik, które jednak omijamy.
Kolejnego dnia nad ranem atakuje nas stado psów pasterskich, na oszczekaniu się jednak kończy. Na granicy z Bułgarią góry dochodzące do 2000m i przejście graniczne w europejskim stylu. Załatwiamy szybko formalności i odpoczywamy w knajpie na granicy, przed nami Bułgaria.







Gregory,
Ci Panowie popijają kawę mineralną, ale nie jest to żaden lokalny zwyczaj, to zachowanie prawdziwych smakoszy, woda mineralna pozwala przepłukać usta a co za tym idzie, delektować się pełnym smakiem i aromatem następnego łyczka kawy.
Pozdrowiska, Marek (ten z MNM)
No widzisz całe człowiek się uczy. U nas jest taka kultura kulinarna jaka jest. I czasem takie “proste rzeczy” dziwią.
[...] Z Grecji do Polski 2006 – Wylot – cz.1 Z Grecji do Polski 2006 przez Grecję cz.2 Z Grecji do Polski 2006 – Bułgaria – cz. 3 [...]