Z Grecji do Polski 2006 – Rumunia i Ukraina – cz. 4
Dec 20th, 2006 by Gregory
Rumunia po raz trzeci
Na promie wśród Tirów z Polski, Rumunii i Bułgarii szybciutko zleciał czas przeprawy i już jesteśmy ponownie na Rumuńskiej ziemi. Jako najbardziej mobilni zjeżdżamy pierwsi z promu, chłopcy schodzą za nami. Odprawiamy się, bona ziua, bona ziua – wymieniamy uprzejmości z celnikiem. ( bona ziua znaczy dzień dobry) Celnik pyta chłopaków gdzie maja rowery skoro też są z Polski? Śmiejemy się.
Zwijamy się szybko bo za nami ciągnie się ciemna chmura deszczowa, widzieliśmy ja z promu , deszcz nas nie omija, pędzimy co sił w nogach do najbliższych zabudowań, to jakieś rolnicze magazyny. W strugach deszczu wpadamy do budki strażnika, za nami wala już pioruny. Oberwanie chmury się zaczyna wali jak z cebra. Kolejny piorun uderza kilka metrów koło nas, straszliwy huk, na szczęście w budce sucho, strażniczka probuje zagadywać. Częstuje nas herbatą. Deszcz pada. Nie mamy wody, nic do jedzenia, robi się późno, znajduję jakiś zbłąkany chleb sprzed kilku dni, pamięta on chyba jeszcze Grecję. Zagryzamy. Potem próbuje czytać jakaś leżąca gazetę. Nawet chyba wiem o czym piszą.
Koło nas przejeżdżają Tiry z Polski z którymi byliśmy na promie.
- Może trzeba było zapytać o podwiezienie do Polski?
- Chyba żartujesz, a po za tym za późno.
Deszcz w międzyczasie trochę przechodzi. Czas ruszać chcemy kilkanaście kilometrów jeszcze przejechać przed nocą. Asfalt jest bardzo dobry, mijamy jakąś tabliczkę z informacją, że sfinansowana z funduszy Unijnych. No cóż.
Robimy zakupy w napotkanym sklepie i śpieszymy się dalej, deszcz wciąż pada ale nie tak intensywnie jak wcześniej, jest dość chłodno. Mijamy wioski. Patrząc na mapę miejsce gdzie mamy się rozbić będzie za chwilę. Postanawiamy w ostatniej chałupie nabrać wody.
Dom jest nie otynkowany, w drzwiach stoi ciemny mężczyzna obok jego żona, na klepisku w korytarzy u bawią się dzieci przed domem stoi babcia. Rozmawiają.
-Apa, apa- Tomek prosi o wodę.
W trakcie rozmowy okazuje się, że jest jakaś awaria i babcia proponuje pomoc, biorę wszystkie butelki jakie mamy i idę z babcia do studni po drugiej stronie drogi. Tu też jakaś awaria tym razem pompy wodnej, idziemy dalej na jakieś miejsce podobne do działek, dopiero tutaj nabieramy wodę, W trakcie nalewania babcia wypytuje mnie skąd i dokąd jedziemy, i zaczyna mi opowiadać jakąś niesamowitą historie, z której rozumiem że , jej mąż umarł , a dzieci wyjechały za granicę, że ma tutaj dom i wolny pokój, a że pada to nas zaprasza, co będziemy spać nie wiadomo gdzie?
Wracam woda do Tomka, który w międzyczasie zaprzyjaźnił się z gospodarzami i popija herbatę, widać biedę, ale też i dobre serce tych ludzi. Babcia zaczyna swoja opowieść jeszcze raz. Streszczam to wszystko Tomkowi. Śmiejemy się i decydujemy na ta gościnę. A co.
Dom babci stoi kilkadziesiąt metrów obok. Parterowy, nie podpiwniczony. Przed domem porządek, wszystko pozamiatane, w środku na sieni klepisko, robi to pozytywne wrażenie. Babcia, okazuje się ma na imię Joanna. I ponownie opowiada nam swoją historię skarżąc się że jest samotna i że nasza wizyta to dla niej nie problem bo będzie miała zajęcie i my dla niej jesteśmy jak rodzina. No dobrze może być i tak.
Probujemy ugotować na kolacje ryż, ale babcia przejmuje inicjatywę i zaraz kolacja gotowa ( ryz z miodem i rodzynkami). Teraz pora na jakieś pranie, jest ciepła woda i trzeba z tego korzystać. Tomek sięga po nasze szare mydło, ale babcia jest szybsza i już skrobie swoje szare mydło do miski. Jeszcze chwila i babcia pokazuje nam fachowo jak się pierze w szarym mydle. My miastowe, więc się uczymy.
W ogóle to szare mydło to jest super wynalazek na pranie na wyprawie. Jeszcze na koniec bierzemy kąpiel za domem, oczywiście w deszczu i około 23:00 kładziemy się spać, jeszcze za nim uśniemy słyszymy jak babcia się krząta i sprząta kuchnie, wyciera czystą przecież kuchenkę, zamiata, karmi kury czy coś tam. Zasypiamy.
Wstajemy około 8:00. Babcia już na nogach od dawna, dom zamieciony, ugotowane. Zbieramy sie, musimy jechać dalej, a babcia się rozkleja. Tomek ją pociesza, proponuje żeby pojechała do rodziny za granica co tu będzie sama siedzieć? Babcia nie chce tu żyła, tu chce umrzeć. Robimy pamiątkowe zdjęcie i ruszamy dalej.
Do Craiovej mamy 52 kilometry, szybko dojeżdżamy do miasta i decydujemy sie skrócić drogę przez Rumunie podjeżdżając do Cluj Napoca pociągiem. Pociąg mamy wieczorem wiec udajemy sie na zwiedzanie miasta. Zwiedzanie kończymy w kafejce internetowej. Znowu pada. Mamy już doświadczenie w jeździe pociągami w Rumuni w 2003 roku. No nie jest to proste ale się da. Kosztuje nas to 20 Lei ekstra
Przez okno pociągu podziwiamy naddunajski, nudny krajobraz, w nocy znowu pada. Do Cluj Napoca dojeżdżamy o 4:00. W tamtym roku Tomek przeleciał z Kubą tędy w kierunku na Zalau, ja z Romalem na Dej. Wybieramy inną, boczną , mało uczęszczana drogę poprzez wzgórza w kierunku na Dirja i Rastoci. Okazuje się najlepsza z wszystkich możliwych. Mamy wspaniałe widoki i spokój od samochodów.
Robi się gorąco i dojeżdżamy wreszcie do Ardusat i wybieramy boczna drogę, która kończy się przeprawą promowa. Rozbijamy się koło Livada, w tym samym lesie co trzy lata temu. To nasz nowy rekord przejazdu. Zrobiliśmy tego dnia 180 km jadąc w sumie 8godzin i 48 minut.
Ukraińskie drogi
To była koszmarna noc. Mieliśmy największy atak komarów w historii wyjazdów. Właśnie skończyły nam się wszystkie środki na komary i z pół godziny walczyliśmy z komarami w namiocie. Wreszcie się uspokoiło, ale będę musiał wyprać sypialnie
Drogę na Mukaczewo znamy z tamtego roku. W Bieregowie robimy przerwę, w parku, koło takiego fajnego pomnika krasnoarmijca. Wreszcie wsiadamy w pociąg do Lwowa. Ale tym razem wybieramy pierwsza klasę. Ho ho. Robi to wrażenie.
Mam ochotę na nocleg we Lwowie, ale jakoś tak się układa, że mamy od razu połączenia. Tomek wsiada w autobus do Lublina. A ja zabieram się do granicy marszrutką razem z wracającymi z Krymu polakami, jest dziesiąta w nocy.
Na granicy jak zwykle zadyma. Nawet na pieszym tłum, o tej porze? Po chwili zastanowienia decyduję sie na przejazd przez część dla samochodów, nie będę się przepychał z rowerem i sakwami przez barierki i tłum jak kiedyś. W efekcie przejście zajmuje mi 5 minut. Przepraszam wszystkich stojących w kolejce dwie godziny i dłużej.
I tak zakończyła się ta wyprawa, rowerami zrobiliśmy 1819 km i jechaliśmy 88 godzin i 42 minuty













[...] relacja z wyprawy przez Rumunie w 2006 roku [...]